ALINA
I
CZESŁAW
CENTKIEWICZOWIE

"Zaczarowana zagroda"


    Jest to krótka opowieść o polarnikach polskich na Antarktydzie, którzy zainteresowali się życiem pingwinów i postanowili je oznakować aluminiowymi obrączkami, by zbadać szlaki ich wędrówek. Pingwiny dawały się zamykać na noc w lodowej zagrodzie, ale rano zagroda okazywała się pusta. Nie były to jednak czary, tylko (wypatrzył to jeden z lotników) sprytne pingwiny wymykały się, jak tresowane zwierzątka, stając sobie kolejno na ramionach! Oznakowane w końcu ptaki i wypuszczone na wolność, kiedy minęła zima i przyszła wiosna, powróciły do swoich siedlisk obok bazy badawczej.
    Na szczególne podkreślenie zasługują wartości poznawcze tej książki i obrazowy sposób ich przedstawienia, dostosowany do możliwości percepcyjnych 8 - letnich dzieci. Zawiera ona wiele interesujących wiadomości o życiu i pracy na stacji polarnej oraz opisy surowej przyrody i obyczajów mieszkańców tych ziem - pingwinów Adeli.
    Treści książki można skorelować z programowymi zagadnieniami ze środowiska społeczno - przyrodniczego, np. sezonowe wędrówki ptaków, kierunki ich przylotów i odlotów, serdeczny i opiekuńczy stosunek człowieka do przyrody
    Książka przygotowuje uczniów do korzystania z literatury popularno - naukowej.
    Po odpowiednim "wprowadzeniu" może być przeznaczona do samodzielnego przeczytania przez dzieci.








"Zaczarowana zagroda"

(fragment)

    - Szykujecie się znów do podróży? Odpływacie od nas? Dokąd wędrujecie? Do Australii, do Ameryki Południowej? A może aż na afrykańskie wody?
    Z wianuszka otaczających profesora ptaków, które stały prościutko, jeden wysunął się naprzód. Podniósł łepek i słuchał uważnie, co mówi to dziwne stworzenie, trzy razy od niego większe, które tak jak on, pingwinek Adeli, chodzi na dwu nogach. Popatrzył jednym oczkiem, popatrzył drugim i coś sobie zagęgał.
    - Ork, ork, ork - przedrzeźniał go profesor - żebym to ja zrozumiał, co ty mi tłumaczysz....
    Pingwinek zatrzepotał krótkimi skrzydełkami, jakby się ucieszył, że człowiek zaczyna wreszcie mówić po pingwiniemu. Zamyślony profesor przyglądał się bacznie ptakowi. Łatwo go było rozpoznać wśród innych. Na śnieżnobiałym gorsie czerniła się podłużna łatka.
    Patrzcie go, elegancik! Krawat włożyłeś na spotkanie ze mną, co?
    Naraz profesor stuknął palcem w czoło. Mało mu z nosa nie spadły wielkie przeciwsłoneczne okulary.
    - Wiem! - krzyknął. I roztrącając zdumione pingwinki pobiegł szybko w stroną zasypanego śniegiem domku.
    - Andrzej, Janek! Wiem już, co zrobimy! - wołał od progu. Władek, słyszysz? Pozakładamy pingwinkom na łapki aluminiowe obrączki.
    - Po co, profesorze? - spytał z głębi izby jakiś głos.
    - Jak to po co? Na każdej obrączce wyryjemy taki napis: "Stacja imienia profesora Dobrowolskiego na wschodnich brzegach Antarktydy", potem dzisiejszą datę i kolejny numer. Zawiadomimy przez radio wszystkich polarników, marynarzy i łowców wielorybów, pływajacych na morzach Antarktydy. Ktokolwiek z tych ludzi zobaczy pingwinki z obrączkami, zanotuje, gdzie je i kiedy widział, da nam znać. A my tu będziemy na mapie zaznaczać, którędy nasze ptaki wędrują. Już gromadzą się na brzegu oceanu. Nie mamy czasu do stracenia. Lada moment odpłyną.
    - Wspaniale!
    - Zabierajmy się do roboty!
    - Czekajcie, chłopcy. Nie tak prędko. Trzeba przedtem zbudować z brył lodu zagrodę i spędzić do niej ptaki. Ot, tak z pięćdziesiąt wystarczy chyba.
    Młodym przyrodnikom nie trzeba było dwa razy powtarzać wezwania. Przypłynęli przecież na ten skuty lodem kontynent po to, aby badać życie tych dziwnych, nieznanych ptaków, o których tak mało ludzie jeszcze wiedzą. Nie zważając na wielki mróz - zapowiedź zbliżającej się zimy - z zapałem wzięli się do roboty. Zadźwięczały łopaty, zafurkotały elektryczne piły do cięcia lodu. Szybko rósł mur z przezroczystych cegiełek.
    - Teraz pingwinki do zagrody!
    Andrzej i Janek jak burza wpadli w gromadkę czarno - białych ptaków rajcujących beztrosko na krawędzi przybrzeżnego lodu. Władek skradał się do nich po cichu.
    Pingwinki Adeli nie boją się ludzi, ale wcale nie miały ochoty maszerować tam, gdzie je przyrodnicy zaganiali. Jedne padały na lód, odpychały się łapkami i na brzuszkach jak na saneczkach uciekały w głąb lądu. Bęc, bęc - i tyleś go widział. Inne szukały schronienia w oceanie.
    Skakały z rozpędu wprost do wody. A mknęły w niej zwinnie i szybko. Szybciej niż ryby, którymi się żywiły.
    Fala przy brzegu zakotłowała się naraz, spieniła, wzburzyła. Z przeraźliwym krzykiem, jak za pociśnięciem sprężynki, pingwiny wypryskiwały z powrotem na krawędź lodu. Wprost w ramiona ludzi. W czarnym oceanie zamigotał srebrzysty, wydłużony jak wielka torpeda kształt.
    - Lampart morski!
    - Wolą już nas niż tego drapieżcę!
    - Profesorze, ile pingwinków może pożreć ta zakała spokojnego foczego rodu?
    - Zaganiajcie, chłopcy, zaganiajcie! Nie czas na pytania!
    Zasapał się profesor, zaspali się jego pomocnicy. Dawno już zrzucili futrzane kurty, czapy i rekawice.
    Zbliżała się północ. Słońce nisko stało nad horyzontem, kiedy wreszcie w zagrodzie znalazło się trzydzieści pingwinków.
    - Dosyć na dzisiaj! - profesor ocierał pot z czoła.
    - Ork ,ork, ork - darł się najgłośniej ze wszystkich rozzłoszczony pingwinek, widząc, że ludzie lodową płytą zasuwają wejście do zagrody.
    - I tyś tu trafił, eleganciku! - ucieszył się profesor.
    - Patrzcie, to jego krawacik nasunął mi myśl o znakowaniu ptaków. No, chłopcy, przegryziemy teraz coś i spać. Naganialiśmy się dziś dosyć. Obrączki ptakom założymy jutro. I nie tylko obrączki. Przygotujcie farby. Tym, co mieszkały na prawo od naszej chatki, namalujcie czerwony znak na grzbiecie, tym, co na lewo - zielony. Przekonamy się, czy pingwiny wracają do swych gniazd. Pamiętajcie, o szóstej pobudka!
    Następnego ranka profesor pierwszy był przy zagrodzie. Podszedł bliżej i zdębiał. Fajka wypadła mu z ust. Przetarł oczy raz i drugi, jakby sobie sam nie dowierzał: zagroda była pusta. Z trzydziestu ptaków jeden tylko stał pośrodku wymachując przyjaźnie skrzydełkami, Elegancik.
    - Ork, ork, ork - pokrzykiwał co sił w płucach. Profesor jak burza wpadł do izby.
    - Cała robota na nic! Wstawajcie!